Dziennik podróży

02.W drodze do krainy uśmiechu.

Początek Podróży

O tym jak zaczęła się ta przygoda.

Wieczór był chłodny, kiedy pojawiliśmy się na dworcu kolejowym. Było po godzinie dziewiętnastej. Krótkie i bezceremonialne pożegnanie z bratem i po chwili siedziałem już w pociągu do Gdańska. Podróż się dłużyła, a ja ciągle w głowie miałem wiele myśli dotyczących tego wyjazdu. Wiedziałem, że ruszam w podróż jakiej jeszcze nie doświadczyłem – praktycznie bez bagażu i bez możliwości powrotu. Mimo to ekscytowało mnie to strasznie. Zamyślony przysnąłem w połowie drogi, a z letargu wytrąciły mnie spadające z nosa okulary. Głupia sprawa – uderzając o stolik ukruszyło się szkło w okularach. Absurdem byłoby zawrócić w tym momencie. Trudno uszczerbek nie jest tak mocno widoczny, a i mi w niczym nie przeszkadza. Czyżby to był znak, by jednak się wycofać? – pomyślałem. Po chwili jednak powiedziałem sobie w myślach, że bez względu na rozwój wydarzeń muszę wyruszyć i nie mogę się cofnąć.

Zgodnie z planem – kwadrans przed północą – wysiadam na dworcu głównym w Gdańsku. Czeka mnie teraz noc w tym mieście i z samego rana wylot do Danii.

Minęła północ, nocleg nie wchodzi w grę – za cztery, no może pięć godzin muszę być na lotnisku. Zanim dotrę do hotelu i się zamelduję – stracę godzinę. Nawet jeżeli nie zaśpię to po dwóch, maksymalnie trzech godzinach musiałbym wyjeżdżać na lotnisko. Pozostają dwa warianty, albo poczekać na dworcu kolejowym, albo na lotnisku. Wybieram lotnisko z oczywistych względów – na dworcu kolejowym dużo jest pijanych agresywnych osób, a pomocy znikąd.

O tak późnej porze opcje dotarcia na lotnisko mam dwie: taksówka albo nocna komunikacja miejska. Co pół godziny w kierunku lotniska odjeżdżają autobusy linii N3 (kierunek Gdańsk Wrzeszcz), Nie jest to przyjemna podróż, ponieważ jest to pora kiedy podróżują komunikacją mocno podpite osoby bądź zamroczone alkoholem, ale muszę się szybko przedostać, aby być bezpiecznym. Na lotnisko jedzie się ponad 40 minut. Dojeżdżam bez większych problemów, wchodzę do terminala – pustka i cisza, ciepło i bezpiecznie. W centralnym punkcie hali odlotów stoi ogromna choinka przystrojona w symbole lotnicze.

Świąteczne drzewko.

Przynajmniej jest ciepło i bezpiecznie. Ruch na terminalu zamarł. Postanowiłem znaleźć sobie miejsce, aby odpocząć. Tuż przy wejściu po lewej stronie odkryłem skupisko gniazdek elektrycznych – to doskonałe miejsce, by usiąść i podładować sprzęt elektroniczny. Niby w centralnym punkcie lotniska, a jednak na uboczu. Nikt mi nie przeszkadza. Przechadzająca się ochrona lotniska zatrzymała się nade mną, oceniła sytuacje i kontynuowała patrol. Dla nich widok pasażera, który rozkłada biwak przy nielicznych gniazdkach elektrycznych to pewnie codzienność.

Siedząc (oparty o ścianę jednego ze sklepów) musiałem przysnąć, bo z letargu obudziły mnie dźwięki komunikatów podawanych na lotnisku. Lotnisko budziło się do życia, ludzie gorączkowo podążali między odprawą bagażową a kontrolą bezpieczeństwa. Ogarnąłem się, pozbierałem rzeczy. Spojrzałem na tablicę odlotów (lot 6:50 FR nr 6844).

Tablica odlotów.

Czas ruszać na gate, to najlepsza pora, by odbyć kontrolę bezpieczeństwa. Wszystko przebiegło sprawnie i po chwili już byłem w drodze do odpowiedniej bramki. Mój samolot już był przygotowywany do startu.

Boeing 737 do Kopenhagi.

Za godzinę rozpoczynam jedną z najpiękniejszych podróży mojego życia. Sam jeszcze nie mogę w to uwierzyć.

W oczekiwaniu na lot.

Ruszam – do zobaczenia z pięknej Kopenhagi, do której dotrę za godzinę. Lubię latać porannymi lotami, ponieważ ludzie śpią i nie jest tak gwarno, serwis pokładowy też ogranicza działanie do absolutnego minimum.

W drodze do Kopenhagi przelecimy nad polskim wybrzeżem w okolicy Ustki, następnie nad duńską wyspą Bornholm, południowym cyplem Szwecji, by wreszcie zatoczyć koło nad duńską wyspą Zelandia.

Mapa lotu.

Polskiego wybrzeża nie udaje mi się zobaczyć z uwagi na duże zachmurzenie, a szkoda – zapowiada się, że długo nie zobaczę ojczystego kraju.

Gdzieś nad polskim wybrzeżem.

Obok mnie siedzi nieokrzesany chłopak – widać, że to amator podróżniczy. Nie ma za dużo doświadczenia w lataniu. Zaraz po starcie rozbolały go uszy, zaczyna się kręcić ze złowrogą miną twarzy. Nie to jednak było najgorsze – pchał się strasznie wsadzając telefon w okno, by non stop zdjęcia robić. Zwracam mu uwagę, że narusza moją prywatność, a ten nic (był Ukraińcem ale umiał język polski). Dobrze, że lot trwał tylko 1h, bo takiego lotu do Krabi to raczej nie zdzierżę.

W międzyczasie nad Bałtykiem świtało – budził się nowy dzień.

Wschód słońca nad Bałtykiem.

Tymczasem samolot przelatywał kolejno nad: duńską wyspą Bornholm i urokliwym miasteczkiem Nexø, następnie nad południowymi krańcami Szwecji i duńską wyspą Zelandia.

Kilkanaście minut później samolot zatoczył łuk na nieboskłonie obierając kurs na lotnisko Kopenhaga – Kastrup. Po godzinnym locie podchodzimy do lądowania.

Jest to bardzo ruchliwe lotnisko – wychodząc z samolotu widziałem startujące co chwilę inne samoloty.

Terminal jest ogromny. Samo dotarcie do hali przylotów zajmuje dobre 20 minut. Lotnisko to jest co roku w ścisłej czołówce najlepszych lotnisk dla podróżnych pod względem oferowanych udogodnień. W dalszym ciągu można np. skorzystać z kabin prysznicowych na terenie terminala. Świetny, szybki internet bez logowań to również cenny atut. Nie ma tylko już tych dużych sof, które z powodzeniem zastępowały łóżka, służące do wypoczynku przed podróżą – a szkoda.

Tutaj podobnie jak w Gdańsku wita mnie choinka w tradycyjnym wydaniu.

Terminal w Kopenhadze.

Przede mną dziewięciogodzinna przerwa w podróży. Pora na krótki odpoczynek. Za około dwie godziny otrzymam przelew pieniędzy na konto bankowe, kupię polisę, zapłacę zobowiązania – zjem śniadanie i może wyjdę na spacer po okolicy. Nie chcę jednak się mocno forsować (Kopenhagę znam i byłem tu dwukrotnie) mam na uwadze, że dziś o 18:30 wyruszę w prawie 11 h lot Dreamlinerem do Tajlandii. Wow to będzie niesamowite doświadczenie. Jeszcze to do mnie nie dociera, a z drugiej strony tak przeraża. Koczując tak w terminalu powoli uświadamiam sobie co zapomniałem zabrać i czego nie zrobiłem przed wyjazdem (fryzjer, zdjęcia paszportowe do ewentualnych wiz itd.). Pozostaje mi po przylocie do Tajlandii na bieżąco to zorganizować. Człowiek uczy się na błędach.

Mój bagaż.

Jedyną moją atrakcją jest mapa, którą dostrzegłem wśród folderów w hali przylotów w punkcie odbioru bagażu. Jest ona darmowa i stanowi ogromne ułatwienie dla przylatujących turystów.

Mapa Christianii.

Patrząc na mapę, wpatruję się w małą wysepkę pośrodku dużej aglomeracji – “Christiania” bo o niej mówię to miasto w mieście – wyspa hippisów, samo stanowiąca dzielnica Kopenhagi. Powstała w latach 70-tych XX wieku. Na początku lat 90-tych jej mieszkańcy stworzyli nieformalny kodeks praw. Z najciekawszych zapisów zakazane jest fotografowanie i filmowanie mieszkańców wyspy oraz bieganie. Biegnąc, jesteś postrzegany jako przestępca lub policjant.

Wracając do mojej sytuacji – zorganizowałem sobie miejsce na górnym piętrze terminala odlotów, tutaj odpocznę sobie.

W oczekiwaniu na lot.

Zmęczony usnąłem na chwilę. Obudziła mnie ochrona lotniska z informacją, że nie można spać.

Akurat przyszedł przelew, przetransferowałem środki, spłaciłem zobowiązania i wykupiłem polisę ubezpieczeniową. Zdecydowałem się na ubezpieczenie w firmie Warta – ubezpieczenie na kwotę 1 mln zł (217 760 €), nielimitowany transport oraz bezgotówkowe rozliczenie kosztów (mnie nic nie kosztuje) wydaje się dobrą opcją. 

health-insurance
Ubezpieczenie.
Polisa obejmuje cały świat (poza Stanami Zjednoczonymi). Koszt na 41 dni to poniżej 500 zł /108 €. (12.2019)

Czemu kupiłem polisę ubezpieczeniową na tak krótko? Po pierwsze, nie wiem jak będzie przebiegała podróż, a po drugie czekam jeszcze na inne środki finansowe i bez sensu byłoby teraz przepłacać.

Zgłodniałem. Czas na śniadanie. W tym celu muszę ruszyć się w poszukiwaniu sklepu spożywczego, gdzie kupię tańsze jedzenie niż to oferowane na lotnisku.

Mapa okolic lotniska.

Przy okazji spaceru po raz kolejny zachwyciła mnie infrastruktura rowerowa w Danii. To najbardziej rowerowe państwo w Europie.

Po zakupach udałem się na pobliską marinę, by zorganizować piknik na wybrzeżu. Byłem głodny, musiałem coś zjeść z dala od zgiełku lotniska.

Pomimo mroźnego poranka słonko przyjemnie grzało, miałem spory zapas czasu, mogłem spokojnie się zrelaksować.

W drodze powrotnej na lotnisko (dystans od wybrzeża to raptem 700 m) przystanąłem na chwile na wiadukcie nad autostradą, spoglądając na most w stronę Malmö.

Widok w kierunku mostu nad Sundem.

Pamiętam jak kiedyś w tym miejscu ze znajomą (skutecznie) łapaliśmy autostop do Malmö.

Słonko powoli zniżało się na nieboskłonie. Robiło się chłodniej, wróciłem do terminala. Pozostały trzy godziny do odlotu na drugi koniec świata, ponownie ładuję baterię w urządzeniach elektronicznych i czekam.

Czas płynął nieubłaganie. Dotarłem na Gate. Ta podróż ciągle do mnie nie przemawia. Podekscytowanie miesza się z obawami, jak to wszystko będzie wyglądało? Czego się spodziewać? To nie dwugodzinny lot po Europie w Strefie Schengen. Kiedyś jednak musiał nadejść ten dzień gdy rozpocznę podróże długodystansowe.

Gate.

Ostatnie chwile spędzam przeglądając trasę mojego lotu. Szkoda, że lot odbywa się w nocy – miło by było zobaczyć Kaukaz czy Himalaje.

Trasa lotu.

Wreszcie się doczekałem. Sprawny boarding i po chwili wchodziłem na pokład słynnego Dreamlinera. Muszę przyznać, że samolot naprawdę robi wrażenie. Zdaję sobie sprawę, że są większe samoloty (np. Airbus A380), ale i tak zachwyca mnie, że taki kolos za chwilę wzleci w niebo – niesamowite.

Drzwi zamknięte – nie ma już odwrotu. Rozpoczynamy kołowanie samolotu i startujemy. Żegnaj Europo.

Za chwilę startujemy.

Gdy tylko oderwaliśmy się od ziemi, samolot zatoczył koło nad stolicą Danii. Przez okno mogłem podziwiać pięknie oświetloną Kopenhagę, most nad Cieśniną Sund i szwedzkie Malmö.

Jestem bardzo podekscytowany lotem tą wersją Boeinga. Na pokładzie samolotu jest darmowy internet. Nie jest on zbyt szybki, ale ważne, że działa. Można również wykupić płatny pakiet z większą szybkością. Są gniazdka elektryczne – to mnie zaskoczyło pozytywnie. Z reguły nie kręcę się podczas lotu, przeraża mnie jednak wizja siedzenia prawie dwanaście godzin w jednym miejscu, ale postanowiłem wytrzymać. Za oknem był mrok, więc musiałem się czymś zająć. Pierwsze kilka minut upłynęło mi na zapoznaniu się z wyświetlaczem elektrycznym, na którym mogłem obejrzeć film, posłuchać muzyki czy też obserwować parametry lotu i pozycję samolotu.

Lot przebiega spokojnie i bez większych turbulencji. Zdaję sobie sprawę, że po przylocie dopadnie mnie jet leg. Staram się więc jak najszybciej zasnąć. Niespodziewanie po chwili udaje mi się to.

Przebudziłem się w nocy. Niesamowite uczucie – ciągle w trakcie lotu. Na pokładzie samolotu panował półmrok, większość pasażerów spała. Tylko nieliczni przemykali do toalet. Kiedy dotarło do mnie gdzie się znajduję, postanowiłem się zlokalizować na mapie. Pod nami był Pakistan. O ile dobrze się nawiguję pode mną miasto Lahaur przy granicy z Indiami. 

Niestety jest ciemno więc Kaszmiru nie widać. Dochodzi godzina piąta nad ranem czasu lokalnego (w Polsce jest pierwsza w nocy). Jestem na półmetku lotu i o dziwo dobrze mi z tym. Myślę sobie tylko, że szkoda, bo też Himalajów nie zobaczę.

Wreszcie powoli zaczęło świtać – budzi się nowy dzień nad Azją.

Świt na Indiami.

Oczy mi się ponownie zamykają – kolejna drzemka. Słońce wkradające się przez okno budzi mnie. Spoglądam na zewnątrz, chmury i bezkres oceanu zaczyna zastępować krajobraz wyspiarski. To już chyba wysepki Tajlandii? Weryfikacja na monitorze – tak przelatuję nad wybrzeżem zachodniej Tajlandii.

Dziewczyna siedząca obok pokazuje mi, że karteczka leżąca obok jest dla mnie. Sięgam po nią – jest to krótki formularz dotyczący mojego lotu. Domyśliłem się, że trzeba ją będzie później okazać celnikowi na granicy. Zaczynam się stresować czy dobrze uzupełnię i czy na granicy wszystko będzie w porządku? Z tego wszystkiego błędnie wypełniam druczek, stało się – zobaczymy co z tego będzie – może nie cofną mnie do Europy? Spoglądam co chwilę przez okno – stres mija, wpatruję się w bajkowe widoki.

Obniżamy lot, za około kwadrans wylądujemy. Jestem podekscytowany maksymalne. Masa myśli krąży mi teraz po głowie – Jak będzie na granicy? Co zastanę? Co dalej?

Wylądowaliśmy bezpiecznie. Jeszcze tylko rozładunek nielicznych bagaży i możemy opuszczać pokład samolotu.

Rozładunek bagaży z samolotu.

Sprawnie opuszczamy dreamlinera. Gorące powietrze uderza mnie w twarz przy wyjściu z samolotu. Autobus dowozi do hali przylotów.

Moje ciuchy zimowe lądują w koszu. Toaleta w celu odświeżenia się. Z ciekawości powiem, że przez prawie 11 h lotu ani razu nie poszedłem do toalety na pokładzie samolotu.

Podróż samolotem mi się nie dłużyła, a większość czasu przespałem – może jestem stworzony do latania?

Przede mną chwila prawdy – wejdę do Królestwa Tajlandii czy nie? O co zapyta celnik? W jakim języku? Czy zrozumiem i odpowiem? Masa pytań w głowie – niby jestem oblatany, a żółtodziób i jak dziecko we mgle.

Przekraczanie granicy.
Przed przekroczeniem granicy wypełniamy deklarację wjazdu do Królestwa Tajlandii. Oprócz podstawowych danych (imię i nazwisko, wiek, adres zameldowania, nr paszportu) podajemy zawód, osiągane zarobki, plan podróży oraz datę i nr rejsu, którym planujemy wylecieć z Tajlandii. Podbita przez straż emigracyjną deklarację należy zachować i okazać podczas opuszczenia kraju.

Pomimo kolejki wszystko idzie sprawnie i po mniej więcej dwudziestu minutach jako jeden z ostatnich podchodzę do okienka odprawy celnej. Przemiła Pani celnik o nic nie pyta. Szybki przegląd paszportu. Z uśmiechem pokazuje mi urządzenie i prosi o przyłożenie poszczególnych palców do skanera linii papilarnych. Jeszcze tylko prośba o zdjęcie okularów do zdjęcia i pierwsza pieczątka azjatycka pojawia się w moim paszporcie.

Wiza turystyczna wbita.

Witamy w Tajlandii – krainie uśmiechu. Bezpłatna wiza 30-dniowa pozwala mi na zwiedzanie kraju. To zaczynam poznawać ten egzotyczny dla mnie kraj.

Dodaj komentarz